Link Dzisiaj mamy 17.września.2006 :: 21:43 Mon petit cadeau(2)
...Tak bardzo nie chce mi się ostatnio tworzyć czegokolwiek,tak bardzo-ale dopiszę jednak mojej irlandzkiej bajce zakończenie,które jej się należy i które mimo wszystko warto zachować,bo to jed całkiem ładne zakończenie.


Kiedy tutaj ostatnio pisałam,byłam dziewczynką w czarnej koszuli i spódnicy z kieszeniami ciężkimi od napiwków,zapracowaną kelnerką z małym palcem lewej dłoni poparzonym dotkliwie gorącą zupą.Powrócę więc do tamtego momentu gdzieś w lipcu,kiedy to kelnerki,które zastępowałam,powróciły ze swoich wakacji i okazało się nagle,że manager ma dla mnie znacznie mniej godzin,niż mi potrzebne.Zaczęłam się już gorączkowo zastanawiać nad ewentualnym powrotem do sprzątania domów,kiedy w wielkiej konspiracji zawołał mnie kucharz i powiedział,iż polubił mnie właściciel pubu i jeśli chcę,mogę otrzymać inną pracę w innym pubie należącym do tego samego człowieka.Wykazałam entuzjazm,orzymałam numer telefonu tudzież nazwisko człowieka,którego należało prosić do telefonu....zadzwoniłam,umówiłam się na wstępną rozmowę,która przebiegła gładko,głównie dlatego,iż zostałam z góry przyjęta i wpisana w grafik.Tak właśnie zaczęłam karierę w Decies County Bar in Ballyfermot.

Wyobraź teraz sobie duży,dwupiętrowy autobus numer 78A.
"one for 95 cents,please"mówisz kierowcy,wsiadając,i zaraz dostajesz długi pasek papieru,co wygląda jak paragon,a jest biletem.Autobus sunie ulicami Dublina,troszeczkę już ciemnawymi o godzinie 20:45.Wyglądasz uważnie przez okno,starając się z daleka wypatrzeć czerwone logo stacji benzynowej.Wiesz,że następny przystanek to już twój-zaraz za stacją musisz więc wstać i dac znać kierowcy,że chcesz wysiąść,inaczej pojedzie dalej."Thank u" mówisz grzecznie,zeskakując ze stopni.Autobus odjeżdża,a ty skręcasz w prawo i szybkim krokiem[masz przecież tylko pięć minut do dziewiątej wieczór]podążasz wzdłuż wysokiego parkanu ogradzającego Markievicz Park.Prosto,prosto,skręcasz w lewo dopiero przy małym rondzie,a kiedy skręcisz,widzisz już z daleka chorągiewki nad drzwiami Decies i żółte,ciepłe swiatło mżące przez wiecznie otwarte drzwi do Off Licence.Popychasz ciężkie drzwi pubu[jedno skrzydło jest zawsze zamknięte na głucho,a drugie otwarte-i za pierwszą próbą trafiasz oczywiście na to zamknięte,pierwszego dnia przez pomyłkę,a później już chyba tylko z przyzwyczajenia].Wchodzisz do przedsionka.Otwórz tylko drugie drzwi,takie same jak poprzednie...Teraz jesteś już wewnątrz.Ciepły zapach whiskey,piwa,drewna oraz nieliczonych śmiechów i szeptów głaszcze cię po twarzy.Tak,lubisz to miejsce.Przechodzisz wzdłuż długiego baru,za którym barmani uwijają się jak mrówki,popychasz wahadłowe drzwi na zaplecze.Wieszasz torbę i sweter na jednym z haczyków sterczących ze ściany[tam jest cały rząd tych haczyków,jednak wcale nie wystarczą,pod koniec wieczoru znikają zawsze pod stertą garderoby],wokół talii zasupłujesz długie troczki czarnego fartuszka.Gotowe,możesz już wejść na salę,podpisać się na "liście obecności",pobrać pieniądze,które zwrócić musisz pod koniec nocy....jeszcze tylko parę szybkich żartów z barmanem,któego lubisz najbardziej na świecie.Bierzesz okrągłą tacę,przygładzasz sterczący na czole kosmyk włosów i ruszasz przyjmować nowe zamówienia.
Widzisz to wszystko?
Zatem tak wyglądała praca w barze.Większość pubów w Dublinie składała się z baru,lounge i off licence.W Decies County część zwana barem była spokojna,pełna starszych ludzi-stałych klientów,wpadających co dzień na kufelek swojego ulubionego trunku.Lounge to cakiem inna bajka-wielka,zatłoczona sala,muzyka na żywo tak głośna,ze niesiona w zagłębieniu łokcia taca wibruje,a zamówień wrzeszczanych wprost do twojego ucha musisz się po części domyślać.Off licence to taki monopolowy,gdzie można sobie kupić butelkę na wynos.

Ja pracowałam najpierw tylko w barze,ale z czasem,gdy poznałam imiona stałych klientów i zapamiętałam,co zwykli pijać,kiedy nauczyłam się imion wszystkich znajomych z pracy i gdy nauczyłam się swobodnie rozmawiać,zaczęłam pracować w lounge,gdzie było znacznie ciekawiej.

Tyle ze strony dotyczącej aspektu czysto zawodowego,jeśli wiesz,co mam na myśli.
Ludzie byli najważniejsi.
Najbardziej lubiłam,kiedy po skończonej pracy,gdy już ostatni klienci niechętnie opuścili pub,wygonieni okrzykami barmanów"come on,folks,please,drink up,come on,come on,let's go!!",gdy już wszystkie szklanki były umyte,stoły pościerane,podłoga zamieciona i podstawki pod piwne kufle porozkładane na wszystkich blatach.....,więc kiedy to wszystko było już zrobione,zmęczone lounge girls i barmani zbierali się przy kontuarze baru albo przy którymś stole,plotkując,wygłupiając się,pożerając frytki przyniesione z pobliskiego takeaway i piastując w dłoniach kufle pełne piwa,siorbiąc przez słomkę słodkie gotowe drinki z butelek..



Link Dzisiaj mamy 30.września.2006 :: 23:16 Mon petit cadeau(2)

Jestem w Walii,na studiach,za co powinnam byc wdzieczna wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu.

zamiast tego tesknie jak cholera.I to zgadnij za czym?
Za Dublinem!!
Za moim wlasnym miejscem,gdzie placilam za siebie samodzielnie zarobionymi pieniedzmi,gdzie co wieczor zawiazywalam w pasie czarny fartuszek,gdzie co dzien przebieralam sie i ruszalam do miasta,a w nocy,czasem,sypialam u mezczyzny[u tego,u kogo chcialam,aby byc szczera].
Tesknie strasznie.
Co dziwaczne,tesknie troche za czlowiekiem,ktory byl zabawny,uroczy [w angielskim jest takie ladne slowo,charmer]i nie mogl sie nadziwic mojemu cialu.
"Where did u get such a beautiful body?"-mowil,calujac mnie ostroznie i przytulajac."Ya ok?"-pytal nastepnie,iskierki rozbawienia w jego jasnych oczach.
Ostatniej nocy,ktora mielismy dla siebie[ukradkowo,jak zwykle],uprawialismy seks w sypialni jego siostry.Pamietam,jak niepewnym krokiem wchodzilam po schodach obitych mieciutka wykladzina,w ciemnosci wyciagajac dlon ku scianie.I kochalismy sie,na Boga,pod falbaniasta narzuta,przy oknie szarzejacym od poranka.Po raz pierwszy nie smialam sie niepohamowanie,gdy bral mnie"na jezdzca".Do tej pory nigdy nie moglam zlapac rytmu i skakalam dziko,dla zabawy,az w koncu oboje obracalismy to w zart.
Tym razem oparlam rece na jego ramionach i rytm-plynny,powolny-odnalazl sie sam.Bylo tak ciemno.Nagle wiedzialam doskonale,co mam robic.To bylo bez udzialu mozgu,tylko zmysly.Kiedy kulka swiatla wybuchla w naszych glowach jednoczesnie,smialismy sie oboje.
Zasnelismy,ja nago,on obejmujac mnie ramieniem,z moimi pajeczynowo-delikatnymi kornkowymi majtkami na szyi.[o szarej godzinie ocknelam sie i zdjelam mu te swoiste korale-obudzil sie,ale jedynie na chwile-po powrocie do domu wachalam je,bo byly przesiakniete jego zapachem].
Rano odprowadzil mnie na autobus,calujac milo i mowiac"thank u for a wonderful nite".To byla ostatnia chwila,kiedy czulam sie pozadana,cala i szczesliwa.
Teraz czuje sie niczym tandetna powiesciopisarka produkujaca swoja nowele.Ale wierz mi,ze niczego nie zmyslam.
Czy mam dodac cos jeszcze?Och,tak.
Kiedy tego ostatniego dnia obudzilam sie rano,zwichrzylam wlosy i wyslizgnelam sie spod blekitnej narzuty,spod Jego cieplego,troche wlochatego ramienia,zauwazylam,ze nad lozkiem biegnie dluga polka pelna lalek.Porcelanowych,plastikowych,glinianych....setki lalek,gapiacych sie przed siebie szklanymi oczami zabarwionymi na rozmaite kolory.
Zostawil mnie na chwile sama w tym pokoju,mowiac:"Sorry hun,but I have to go downstairs to get prepared for work.Will ya be ok?"[wstalismy bowiem na 10 minut przed godzina,o ktorej mial stawic sie w pubie,elegancko ubrany w koszule z krawatem i gotowy nalewac drinki oraz rozmawiac z klientami].Of course I will,powiedzialam,i zaczelam sie niechlujnie malowac przez lustrem wbudowanym w sciane.Kolo lustra stala komunijna fotografia,zdjecie malej dziewczynki ubranej w kremowa,falbaniasta sukienke,usmiechajacej sie spod rownie kremowego,niewielkiego kapelusza.
Czulam sie prawie jak intruz.To bylo szalenie dziwne,czuc sie obserwowana przez tuziny malenkich,martwych oczu.Ten dziewczecy pokoik z oknem wychodzacym na cicha Landen Road caly byl przesiakniety czyjas obecnoscia-nieobecnoscia.
Czulam sie,jakbym kradla cudza niewinnosc.

Dzisiaj z z nudow uzylam mej walijskiej telefonicznej karty,by odezwac sie do wszystkich,od ktorych wzielam w Irlandii numer.Odpisali mi nader milo,co pocieszylo mnie choc odrobine.O wiele bardziej niz tu,wolalabym tak naprawde mieszkac w Dublinie,co wieczor chadzac od pracy za psie pieniadze,smiac sie razem ze wszystkimi i klasc sie spac szczesliwa i wolna.





Archiwum

2008
8
7
6
5
4
3
2
1
2007
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2006
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2005
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2004
12
11
10



Linki

PlanetOut

lesbijka

ploty

SS

YuMe

database

o ludziach

streetpeeper

Dublin!

streets of warsaw

tak chodzą tam daleko

the sartorialist

bańka

komikslista

Mar.

M.

winne

J.

L.

BM

P.

uTube

?

zawartość niekwestionowana

ukradnijmy muzykę.

elegance in stupidity




(c) layout by Inez for Szablony.Blogowicz