Link Dzisiaj mamy 03.maja.2005 :: 01:04
Mon petit cadeau(2)
Uzależniłam się od spacerów.
to takie specjalne spacery,z dziwnymi słowami wymyślanymi na poczekaniu,mówieniem po angielsku,piwem,zapachem lata,wanilii,trawy.To siedzenie na drewnianych podkładach kolejowych.to rozmowy ,podczas których czasem spuszczam oczy.to śmiech,drobne kradzieże mienia bardzo-bardzo-prywatnego.pocałunki.
w sobotę byłyśmy w pubie,na schodkach prowadzących do pubu siedziało parę osób,wyciągnęli na zewnątrz wysokie barowe stołki i stwierdzili,że urządzają ogródek.weszłyśmy do mrocznego wnętrza oswietlonego na czerwono.szklanka porteru jako wszystkie potrawy i napoje zaserwowane na uczcie u Śpiącej Królewny o niebieskich oczach.Królewna ma ciemne,bogate wosy,które pozwoliła mi uczesać.Podgarnęłam je do góry,odsłaniając najśliczniejsze miejsce świata.Mam obsesję na punkcie tego miejsca,powiedziałam.
....A tak poza tym,wszyscy zdrowi.
Link Dzisiaj mamy 05.maja.2005 :: 21:42
Mon petit cadeau(5)
Wczoraj poszłam,żeby odczarować Dawne Miejsca.
Przez niemal dwa lata śniły mi się,ale nie tak,jak wyglądają naprawdę-w snach były kolorowe,i to kolorowe jakimiś innymi,intensywniejszymi barwami,soczystymi,przywodzącymi na myśl rajskie wysepki na ciepłych morzach.W snach były również dalekie,tak jakby ogrodzone niewidzialną granicą Miejsc Pozostawionych Za Sobą.To sprawiało,ze z czasem coraz bardziej bałam się tam pojechać.
Tak,to się wydaje głupie,troszkę chore-bać się pojechać w okolice swojego starego domu.
Ale ja się bałam.Zwłaszcza tego,ze znowu zacznę tęsknić za tym,co było kiedyś.Nie wiem,czy to zrozumiałe.
A więc środa.trochę chłodno,trochę mglisto,wczesnowiosennie.Na tle takiej deszczowej szarości barwy odcinają się najwyraźniej.
Autobus linii,której numeru mama nauczyła mnie na pamięć,gdy byłam w podstawówce.Za oknami przemyka coraz bardziej zielony świat...i to absurdalne uczucie,że wracam do domu.
I kręciłam się po ścieżkach-znanych-od-zawsze,nagle jakoś szczęśliwa,chciałam przebiec je wszystkie,zobaczyć ulubione stare domy jak żywcem preniesione z lat 30,miejsce nad jeziorem,gdzie zawsze siedziałam na trawie,ławka,na której po raz pierwszy całowałam się z .... .krzaki bzu pod oknem,które kiedyś należało do mnie.
Największe deja-vu miałam,wchodząc po nasypie na kolejowy wiadukt.Pod wiaduktem są miejsca,gdzie można usiąść,obserwując pociągi,miejsca podzielone przęsłami jak małe pokoje.W ostatnim roku przed przeprowadzką często przychodziłam tam ze znajomymi,a zwłaszcza z M. za każdym razem,kiedy siedziałyśmy tam,pijąc piwo,malowałyśmy też na ścianach.I teraz zobaczyłam nasze rysunki,jej kreskę,moją kreskę,nienaruszone,takie same,jak je zostawiłyśmy.Rysunki z naszego ostatniego spotkania [nie wiedziałyśmy wtedy,że widzimy się po raz ostatni....było gorące lato,siedziałyśmy,rozmawiałyśmy.na szarej stali-gałązki i liście,kobieta o wężowym języku wykluwały się z czarnego markera]
dodając do tej galerii nową rzecz,twarz z jaskrawoczerwonym znakiem zapytania,czułam się zaiste przedziwnie.
Zrobiłam też zdjęcia.Kiedyś fotografowałam w ten sposób M. Teraz nie znam już M.,na jej miejscu stała inna ważna osoba.[nawiasem mówiąc,osoba,bez której nie odważyłabym się wrócić].
Do kanału zeszłyśmy,kiedy zaczął kropić deszcz.
Ostatnim razem,kiedy tam byłam,mogłam stać wyprostowana w miejscach,gdzie teraz musiałam uważać na czubek głowy.
siedziałyśmy w niszy,gdzie przez szpary wentylacyjne jak przez okna odbijała się bardzo zielona woda w zrujnowanym basenie.
Rysowałyśmy na białych,gipsowych ścianach[kobiety,sceny komiksowe,slogany,wszystko w czerwono-czarnej gamie],rozmawiałyśmy,piłyśmy piwo,które po pewnym czasie wymazało wstyd czy speszenie-zabroniło omijać tematy,których zazwyczaj się unika.
Aż wreszcie wszystko scaliło się w pokątny,skryty kłębek znamiennych zdarzeń,przyjemności.
Kiedy szłyśmy na autobus powrotny,lało rzęsiście.włosy skręcone w loki,przemoczona kurtka,uczucie sytości.
Póżniej siedziałam z Olusią w Irish Pubie.Znowu byłam w czasie teraźniejszym,w miejscu teraźniejszym.
Jak dziwnie to sie wszystko z sobą przenika.jak dziwnie.
Może teraz przestanę mieć sny.może udało mi się już zamknąc za sobą te wszystkie otwarte furtki...?
Może znalazłam w trawie monetę-niby wytartą,ale jednak cenną...?Taki staroć,za który można dostać miliard dolarów...?
Link Dzisiaj mamy 08.maja.2005 :: 01:57
Mon petit cadeau(4)
Przestałam już tutaj relacjonować taką najbardziej codzienną codzienność.Bo,widzicie,teraz wciąż mam wrażenie,że powinnam raczej zapisywać piękne momenty,żeby się nimi dzielić.
jestem ciężko zdziwiona,że związek[?]może rozwijać się tak czysto.
Cholera,chyba naprawdę jestem takim dziwnym,pokaleczonym przez własne wyczyny dzieckiem.Ale nieważne i w ogóle nie o to chodzi.
Dzisiaj malowałyśmy na ścianach w kanale.
Na brudnym,nierównym tynku farby wyglądały zaskakująco soczyście,dekorowały ściany w ten sposób,że wszystkie niedoskonałości wydawały się być zamierzone.
Siedzałyśmy we wnęce na kawałkach sklejki,żeby nie pobrudzić się kurzem [to nam się udało,ale i tak wysmarowałyśmy się wszelkimi kolorami tęczy,zwłaszcza białym,czerwonym,niebieskim i zielonym]].Przez szpary w ścianach wpadało słońce,połyskiwała bardzo zielona woda [toksyczna wręcz,zważywszy na to,co w niej pływa].Płukałyśmy pędzle w połowie obtłuczonej butelki po szampanie.Wzięłam ze sobą aparat,robiłyśmy więc także zdjęcia,chcę je wywołac jak najszybciej-może udało się uchwycić,jakie wszystko było wtedy ładne.
Kiedy wracałyśmy już do domu,część drogi wiodła przez pagórek,dolinę,ukwiecone haszcze.Zerwałam z krzaka dwa przytulone do siebie kwiatki.Malutkie,bo tylko takie były w zasięgu,(oprócz mleczy,ale mlecze za szybko więdną)-
ale naprawdę chciałam znaleźc coś do podarowania.
Link Dzisiaj mamy 09.maja.2005 :: 20:09
Mon petit cadeau(2)
Dostałam dziś rano lizaczka.
Takie gesty są najładniejsze,malutkie i ciepłe,można je przechować na boczku w pamięci i wywołać poźniej,kiedy potrzebna jest rezerwa.
Niestety prezent zjadłam nezłocznie,gdyż,jak wspominałam,było rano,a ja nie miałam czasu na śniadanie...
Nie wiem,czy ktokolwiek z was miał kiedyś wrażenie,że każdego dnia przeżywa wiele innych dni?
Mi się tak właśnie wydaje-i dlatego gdy myślę"tydzień",widzę niezmiernie długi okres czasu,różnorodny,ciekawy,bo ponieważ w każdej godzinie mieści się dzień,to nawet,jeśli jeden z nich jest nudny,umiera,zanim zdążę go zapamiętać.
Dobry system obronny,nie daje dostępu rutynie.Polecam.
Wczoraj wklepałam w komputer cholernie długie opowiadanie własnego autorstwa.Jakkolwiek jestem z tego dumna,rozumiem już,co Sapkowski miał na myśli,w którymś z wywiadów wspominając,że nabawił się"łokcia komputerowca"-faktycznie ręce bolą.Całe szczęscie,że to nie moja praca,a tylko chwilowa fanaberia.
Link Dzisiaj mamy 11.maja.2005 :: 14:42
Mon petit cadeau(8)
They'll see us waving from such great heights
"come down"-they'll say
but everything looks perfect from far away
"come down"-but we'll stay
...znalazłam soundtrack z "Powrotu do Garden State" i słucham na przemian z "Sunrise" Norah Jones i starymi piosenkami Przemykowej.
Wczoraj-dworzec.Siedziałyśmy w mokrej trawie,nadziewając szklaną lufkę wybuchową mieszanką na...miłe sny.
Deszcz zaczął kropić,zrobiłyśmy namiot z kurtek rozpostartych nad głowami.zapach bzu,pocałunek.Herbata z imbirem i koktajl malinowy w Teinie.
Niebo jest szarogranatowe,barwy niezwykle wyraziste,biegnąc tęczowoszarym chodnikiem natrafiłam na kwiatowy stragan i kupiłam dwie kiście bzu.Jedna,ogromna,stoi w dzbanku na moim parapecie.Dzbanek w orginale służy do parzenia herbaty,przez dzióbek wylewa mu się woda,ale był to największy wazon,jaki w domu znalazłam.
Więc siedzę przy biurku nocą ,obok tych wszystkich kwiatów porozstawianych w szklankach ,obok ciemnego okna,i wycinam z gazet cudze słowa,żeby połączyć je w swoje własne.
Ostatnio szukałam różnego rozmiaru i barwy wykrzykników.Wycięłam dziury we wszystkich reklamach.
robienie wyklejanek,albo,jak mówi Ancymonek:* , kolaży,jest wielce przyjemnym zajęciem.
W lipcu jadę z O.,A.,Trelką i P.nad morze i bardzo się wszystkie cieszymy,chociaż wolę nie wyobrażać nas sobie po dwóch tygodniach bez snu i jedzenia,a za to....obfitego podlewania.Jak te torty z alkoholizowanym kremem.
Link Dzisiaj mamy 18.maja.2005 :: 23:38
Mon petit cadeau(3)
W sobotę Cynamonowa stała się osiemnastolatką.
Urodzinowa impreza [Inferno] była nad wyraz sympatyczna tudzież brzemienna we wrażenia-zdjęcia,czerwone światła,śmiech,ręce splecione pod stołem,czerwona kanapa,rozmowy,taniec,pocałunki,tajemnicze zniknięcia,mroczne schody w niszy,na których siedząc widzisz wszystkich,ale oni nie widzą ciebie,znajomi spotykani znienacka,szampan i redd's malinowy.....
płacz od piękna,list napisany krzywą kreską na końcu zeszytu do radosnej twórczości.
parę zdjęć-w linkach u
Boskiej K.
A teraz....jest deszczowo,zimno,pięknie.Wylałam na dywan czarny tusz,robiąc kolaż,który przedstawia Cynamonową i mnie zamknięte w sześcianie o niebiesko-zielonych ścianach.Tusz magicznym sposobem znalazł się u mnie za paznokciami,a nawet na kolanach.
W pokoju wszędzie poniewierają się słowa wycięte z gazet,kasety i płyty,suszone kwiaty,szklanki,kartki pomazane farbami i grzebienie.Doprowadzają mnie do szału,ale najwyraźniej jestem osobą,której przedmioty nie chcą słuchać,rozpełzają się po domu,twierdzą ,ze najlepsze dla nich miejsce jest tam,gdzie zostały użyte po raz ostatni.
Dziś zajęłyśmy się z Mar.gazetami rozdawanymi za darmo na ulicach.Większość zdjęć zawarych w owych materiałach prasowych [po drobnych poprawkach] zawierało zdecydowanie treści pornograficzne,a fe.
Najlepej jednak wyglądała reklama gabinetu stomatologicznego-jeśli w takim uśmiechu lśniącym reklamowym,białym uzębieniem wypali się dziurki papierosem,a pozostałe zęby przyczerni popiołem,to kartka o treści: "Gabinet xxx . Twój uśmiech-nasz cel" nabiera interesującego wydźwięku.Przykleiłyśmy to cudo pod wiatą przystanku tramwajowego.Jeśli do jutra nikt nie zabierze,zrobię zdjęcie.
Wciąż kłócę się z matką.Właściwie to wygląda tak,ze ona mówi mi wszystko,co ma ochotę powiedzieć[np."jesteś głupią pindą"],ja udaję,że to olewam,a tak ogólnie to ona permanentnie zachowuje się,jakbśmy były pokłócone.Za nic nie możemy się porozumieć,kiedy próbuję,słyszę,że jestem bezczelna.
Nic sympatycznego.
To dość dziwne uczucie,nagle,po tylu latach,mieć tak dobry kontakt z ojcem.Bo z kimś trzeba mieć ten kontakt.Jeśli się go nie ma,można się równie dobrze wyprowadzić.
Wyszastałam większą część posiadanych pieniędzy,kupując tusz do rzęs i [!] puder.Będę taka cholernie piękna,że jeszcze zobaczycie.
Na koniec-wiersz.Znalazłam go dziś,przeglądając " Poezje " Rilkego.Zazwyczaj nie przepadam za wierszami,ale Rilke pisał tak dziwnie,wszystko niby soczyste,a jakby niedkończone,osczędne,a elokwentne.
Tutaj podoba mi się zwłaszcza zakończenie....
"Uprowadzenie"
Nieraz dzieckiem służbenicom z rąk
uchodziła,by się z nocą i zawieją
[ które z zewnątrz takie inne są ]
spotkać tam,gdzie naprawdę się dzieją.
Ale nigdy błyskawic płomienie
tak parkowych nie szarpały alej,
jak ją właśnie szarpało sumienie,
gdy ją zniósł po jedwabnej drabinie,
i niósł dalej,dalej,dalej...
aż-pozostał powóz jedynie.
I wchłaniała go,ten czarny wóz,
w krąg którego był tupot pogoni
i groza.
Czuła czerń obicia,jak ją ziębi.
A w niej samej było czarno,był mróz.
W kołnierz płaszcza się wtulała coraz głębiej,
od niechcenia bawiąc się włosami.
A ktoś obcy mówił obco do niej:
jesteśmysami.
Link Dzisiaj mamy 23.maja.2005 :: 22:33
Mon petit cadeau(4)
Weekend tak barwny,jak tylko mógł być.
Piątek spędziłam z Cynamonówką.Wypełniając nasze artystyczne plany,w Galaxy kupiłyśmy bloki techniczne,zestaw gel penów z brokatem,z których najpiękniejszy był,oczywiście,różowy,później siedziałyśmy na murku z lodami i papierosami,ja w sukience,rozkraczona,z nogami w młodych roślinach zasadzonych na klombie,Ona-śmiejąc się [również ze mnie].
Jazda autobusem [zachowywałyśmy się dość dziwnie,ale radość życia wartością bardzo ważną]
W Jej pokoju siedziałyśmy na podłodze ze szczętem pokrytej stertami gazet,w głośnikach-Lacrimosa,w szklankach-porzeczkowe i cytrynowe Fusions.Robiłyśmy kolaże,rozmawiając,dopóki nie rozlałam ostatniej porcji fusions na własne,najostatniejsze"dzieło".Wtedy wybrałyśmy się na spacer.Tymczasem zapadł wieczór,bardzo sielankowy,łagodny,pełen zapachu trawy koszonej na okolicznych pagórkach.Poszłyśmy po piwo.Kiedy zbiegałyśmy z górek,trzymałyśmy sie za ręce.
W parku Chopina wyglądało jak w lesie,coraz bardziej postępująca noc i strumień ocembrowany na szaro.Siedziałyśmy na murku,rozcierając w palcach rośliny,sprawdzałam,jaki mają zapach,jedna łodyga pachniała zupełnie cytrynowo...Wstałyśmy dopiero,gdy zrobiło się ciemno.Park nabierał cech lasu z każdym znikającym odcieniem.Zrywałyśmy dmuchawce i obsypywałyśmy się nasionami,fruwały jak w zaczarowanym lesie.na ścieżce od góry zasłoniętej gałęziami drzew jak baldachimem usłyszałam w sobie melodię.I tańczyłyśmy przez chwilę.
A kiedy wróciłyśmy z powrotem,nie mogłam znieść elektryczego światła.Cynamonowa zapaliła więc świeczki.Parę.w żółtawym świetle wszystko zrobiło się bardzo miękkie.cicha muzyka.siedziałyśmy na tapczanie,przytulone i scalone,dopóki nie musiałam wracać do domu.
Najbardziej zapamiętałam zapach powietrza-cieły,pełen tchnienia zdyszanych roślin jak latem,szczekanie psów,małe,gorzkosłodkie kwiaty na krzewach,dmuchawce w naszych włosach,to,że czułam Ją obok,cały czas.
W sobotę-wyprawa do miasta z Olusią.jak zawsze szlajałyśmy się dość długo,zanim zdecydowałyśmy,do której kafejki najpier wejść.[parę razy opuściłyśmy nawet lokal po przestudiowaniu menu,bezczelnie,jak to my].W końcu wylądowałyśmy w "Po godzinach",siedziałyśmy tam sobie,rozmawiając o bardzo róźnych rzeczach,dopóki nie uznałyśmy,że czas odwiedzić nasz ulubiony irish Pub. Po drodze rozpadał się deszcz,szłyśmy,piszcząc,a Olka uczyła mnie,jak udawać dziecko specjalnej troski.
W Irishu śmiałyśmy się z wentylatora ["ooo...wen-ty-la-tor!" "bua hahah"],obsługa zakwalifikowała nas zapewne,obok innych przymiotników,także jako osoby niezdecydowane["Co panie zamawiają?" my,jednocześnie:"yyyyyy.....yyy..."-no i pan kelner poszedł]
Nastepnie zapragnęłyśmy czegoś z czosnkiem,wyrywałyśmy sobie ser pokrywający zamówione ostatecznie pieczywo czosnkowe,i ogólnie robiłyśmy wiochę...właśnie robiłam w popielniczce stos z husteczek,kiedy do naszego stolika zbliżyło sie dwóch mężczyz,jeden pod rękę z dziewczyną na oko w wieku studenckim,i po angielsku spytali,czy mogą się przysiąść.
Ja nic więcej nie powiem,tylko tyle,że było bardzo śmiesznie,posłuchałyśmy trochę szwedzkiego,wypiłyśmy więcej słodkich drinków,niż kiedykolwiek byłybyśmy w stanie sobie same kupić,otrzymałyśmy po róży z kosza obnoszonego między stolikami przez uśmiechniętą dziewczynę,która za tę rozkosz liczyła sobie ...sporo,zostałyśmy zanalizowane psychologicznie na podstawie znaków zodiaku,dłoni i wyglądu ["Olga...you have a face of an angel,but you're evil..you're a type of a housewife-husband,children,and so on" "E!I HATE HOUSEWORK!!!" "Agata...you like doing crazy things,you're very good in bed[!],you'll be very happy and will have very interesting life" ] i ogólnie spędziłyśmy czas w,hm,ciekawym towarzystwie.
wracając,zgubiłam się odrobinę,skręciłam przecznicę wcześniej niż zwykle i błądziłam chwilę po starym kwartale.
Ciepło,taka ładna noc,pachniało jak latem.Ulica była brukowana,nie asfaltowana,dość wąska,bardzo stare kamienice stały w szeregach-uchylone bramy rzeźbione e wzory z liści i kwiatów,ceglane mury.Akurat tam,gdie byłam,parę kamienic stało martwych,z pustymi oknami,kupkami cegieł spiętrzonymi pod ścianą,z tablicami"do remontu".Nocna cisza podkreślała nieco wampiryczne zwieńczenia wrót.Pachniały gorzkosłodko białe kwiaty na krzakach,wilgoć deszczu.Zobaczyła jedyny zamieszkany dom pomiędzy tamtymi innymi,balkon miał podparty drewnianymi stemplami dosyć już chyba długo,bo drewno zszarzało,stało się chropowate.....i tylko w dwóch oknach świeciło się swiatło,na piętrze-dziwny,niebieskawy blask narastał i przygsał za widmowymi paskami rolet.Stylizowana krata balkonu kreśliła bluszczowe esy-floresy na zakurzonej szybie dużych drzwi francuskch.
A muzyka owijała wszystko,bardzo wyraźna w ciszy,czyste,swingujące tony melodii jak ze starej płyty,jak z lat trzydziestych,staroświeckie i ładne,niedzisiejsze.
To było bardzo dziwne wrażenie.
W niedzielę-spotkanie z Sis w Parku Kasprowicza.jednak szybko musiałam iść,umówiona z Cynamonową w Teinie.
I znowu było tak,że chciałabym wszystko zapisać.
Kto inny poszedłby ze mną wczorajszą trasą,zeby zobaczyć zrujnowaną kamienicę o trochę wcześniejszej porze..?
:*
Weszłyśmy nawet do bramy,przez okna było widać wszystkomco działo sie w domu,kolorowe prostokąty,przekrój przez pudełko różnorodności.Oknami klatki schdowej przeświecało niebo.Wszystko-w ramach tysiącbarwnej szarości i cienia Baby Doll.
2008
876543212007
1211109876543212006
1211109876543212005
1211109876543212004
121110
PlanetOutlesbijkaplotySSYuMedatabaseo ludziachstreetpeeperDublin!streets of warsawtak chodzą tam dalekothe sartorialistbańkakomikslistaMar.M.winneJ.L.BMP.uTube?zawartość niekwestionowanaukradnijmy muzykę.elegance in stupidity
(c) layout by Inez for
Szablony.Blogowicz