Link Dzisiaj mamy 10.stycznia.2007 :: 18:15 Mon petit cadeau(1)


P. ma w pokoju burdel.

Prawie rownie wielki,jak mialam ja,kiedy jeszcze mieszkalam we wlasnym domu.Roznica jest taka,ze funkcje lozka P. pelni duzy materac,ulozony na niezbyt czystym dywanie w laty,ja natomiast bylam wlascicielka iscie burzujsko-malzenskiego mebla,takiego,co posiadal nawet wezglowie.
W pokoju P.pachnie kadzidlem.Wiem,oboje lubimy kadzidla,przywiozlam z Polski caly zapas. P.cieszyl sie,razem wybieralismy,ktory zapach najmilszy.
Kiedy lezymy na materacu,rozmawiajac albo i nie,swiatlo daje nam mala,krzywa lampka o papierowym kloszu.Klosz ma dziurki,nie takie ze zniszczenia,tylko fabryczne.Poznac to mozna po ich ksztalcie-mianowicie maja one symulowac gwiazdy.Ladnie to wyglada,szczegolnie,ze P.zamiast zwyczajnej zarowki zamontowal taka kurewska,czerwona.Swiatlo,ktore ona daje,grzeje sama swoja barwa,wierz mi.
Czasem siedzimy w kuchni.Na przyklad,kiedy P. wlasnie wraca z pracy,siada przy stole,a ja koncze przygotowywac obiad.Nie,to nie jest dziennik kobiety ucisnionej.Tak,zdaje sobie sprawe,ze zawsze sie z podobnych ukladow wysmiewalam.Jednakze dziwna przyjemnosc sprawia mi patrzenie,jak P. je wymyslone przeze mnie potrawy z ryzu,jajek czy taniego sosu pesto.Rownie mila jest swiadomosc,iz w pracy zywi sie kanapkami,ktore mu przygotowalam zaledwie pare godzin temu,popisujac sie szalona tworcza inwencja.Tak jest jakos blizej,calkiem nawet malzensko.I kiedy budzik dzwoni o 6,a P. wstaje,przeklinajac cicho wczesna pore i to,ze nie zdazy juz wypic kawy,ja wstaje razem z nim.Nie dlatego,ze lubie swit blady,tylko dlatego,ze podoba mi sie sposob,w jaki P.caluje mnie i przytula na pozegnanie,i jak sie jeszcze na progu oglada za siebie,podczas,gdy ja macham mu przez szybe drzwi frontowych.

Rany Boskie.
Najzabawniejsze jest to,ze P. o tym wszystkim wcale nie wie.
O tym,jak to widze,znaczy.Nic mu nie mowie.Prosi,ale nie mowie.I nie powiem.
Po co sie obnazac.





Link Dzisiaj mamy 11.stycznia.2007 :: 16:21 Mon petit cadeau(3)
I ktoz tu pisal o siebie-nie-obnazaniu?

Cisna mi sie na usta slowa Za Ciezkie i Za Duze,Gargantuiczne wrecz,te,ktore sa piekno-przerazajace. P. nie ma ze slowami problemow,ale ja tak.Mi sie wylacza funkcja mowienia.A P. pyta,prosi o odpowiedz,mozliwie jak najbardziej obszerna.'Grzebie 'mi w glowie,nie znosi przemilczen ni marginesow.
Kazdy inaczej okazuje strach,wiadomo.On-wlasnie w ten sposob.

Wczoraj uznalam,ze zachowuje sie wrednie,biorac pod uwage jedynie wlasna psychiczna wygode("nic nie mowie,nie przekraczam prywatnej granicy,jest w porzadku").
Walczac ze strasznym speszeniem,powiedzialam,ze chcialabym,aby posluchal dwoch piosenek.Owszem,sposob dziecinny,banalny i niczym swiat stary.Jednak ciezko sie bylo powstrzymac:teksty owe sprawiaja wrazenie o Nas napisanych.
Najprawdopodobniej takie sytuacje zawsze wygladaja tak samo.
Coz.

I siedzielismy w kuchni.Nawiasem mowiac,poznalismy sie w tej kuchni.Przegadalismy wtedy dwie doby,siedzac na tych samych krzeslach,na ktorych siedzielismy wczoraj.
P. wlaczyl wieze.Kazalam mu starannie posluchac slow,bo to jest dokladnie to,co ja moglabym powiedziec,i nic nie poradze,ze ktos juz to wszystko wyrazil,na dodatek perfekcyjnie.[Nie masz jak kiepskie zarty,by rozladowac skrepowanie].W polowie drugiej piosenki do kuchni przyszedl T.,wspollokator,i niczego nieswiadom opowiadac zaczal o swoim mandacie,ktory byl mu dany gdziestam za costam.Siedzialam z glupia mina,speszona niczym dziewica wiktorianska.Kiedy spojrzalam na P.,wyraz jego twarzy mozna bylo zakwalifikowac jako co najmniej zagadkowy.Pod stolem schwycil mnie za reke.

A kiedy Grabaz przestal spiewac w drewnianych glosnikach marki Sony, P. mi sie oswiadczyl.
Rzecz jasna powagi w tym nie było za grosz.
Nie szkodzi.





"BTW(mamy tylko siebie)"

Mamy tylko siebie wielką mamy moc
Ciała nasze diabłom zaprzedane
Mamy tylko siebie wielką mamy moc
Święty bałagan i błogosławiony zamęt
Mamy tylko siebie wielką mamy moc
Czasami starczy tylko splunąć na szczęście
Spojrzymy sobie w oczy będziemy wiedzieć więcej

Ja to w sobie zapominam czasem
Czasem w sobie zapominam że
Ja to w sobie zapominam czasem
Czasem w sobie zapominam że
A wtedy
Przed tobą wtedy stanę sam na rekach
I jeden Bóg To Wie


Mamy tylko siebie wielką mamy moc
To jest nasz spisek i nasza sekretna zmowa
Mamy tylko siebie wielką mamy moc
Dwa nie wysłane listy trzy nie napisane słowa
Mamy tylko siebie wielką mamy moc
Strachom i lachom i na przekór wrogom
Jesteśmy tu sufitem jesteśmy tu podłogą

Ja to w sobie zapominam czasem
Czasem w sobie zapominam że
Ja to w sobie zapominam czasem
Czasem w sobie zapominam że
A wtedy
Przed tobą wtedy stanę sam na rekach
I jeden Bóg To Wie

Bóg to jeden wie
Jeden Bóg to wie
Jeden Bóg to wie to nie jest wszystko jedno
Bóg to jeden wie mnie nie jest wszystko jedno



"Dzien dobry,kocham Cie"

Bo chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
Chodzi o to
By pierwsze chciało słuchać
Co mu to drugie
powiedzieć chce do ucha:
Że po mej głowie ?
czasem się ich boje -
Chodzą słowa nie do powiedzenia...
Nie-do-powiedzenia

Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie




Tu chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Kiedy długo drugie
nie widzi pierwszego
Bo gdy siedzi człek samemu
z czarnymi myślami
Człowiek rzuca słuchawkami
Rzuca słuchawkami

Bo chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko
Choćbyś nawet i wieczorem zasypiała zdołowana
Chciałbym ci zaśpiewać z rana
Móc ci zaśpiewać z rana
Kochana...



Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie
Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej Jeszcze więcej Jeszcze więcej
DZIEŃ DOBRY
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Para-twoje
para-moje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
We dwoje



Link Dzisiaj mamy 13.stycznia.2007 :: 19:18 Mon petit cadeau(2)


Wczoraj P.przylazl,kiedy umieralam z sennosci,wykonczona po trzech dniach prawie-nie-spania i mokra,gdyz wlasnie wrocilam z miasta[w koncu prosil mnie,zebym zaplacila mu rachunki!Notabene oplacilam tylko czesc,poniewaz poczta byla otwarta,ale urzad juz nie].
Zapukal do brzydkich drzwi akademikowego pokoju,chyba butem,bo odglos byl jakis dziwny.Otworzylam mu i wszedl z dwoma wielkimi siatkami zakupow w dloniach.Przyniosl actimel,pomarancze,marchewki[zawsze mu wyzeram marchewki,zatem kupil mi wlasne],jablka,sok pomaranczowy[bo zawsze wypijam mu sok,zatem...jak wyzej]oraz pudelko twixow.
Powiesilam mu plaszcz przy kaloryferze,bo na czarnej tkaninie krople upierdliwego Brytyjskiego deszczu tworzyly zimny desen.A potem zapalilam trzy swieczki,ktore ongis gwizdnelam z International Lounge[Wspolny salon zagranicznych studentow.Nie ma jak szacunek dla wspolnego mienia.].Ogien produkowal na suficie cienie,kontur drzewa za brudnym oknem zmienil w granatowoczarna koronke z bajki,pokoj zas nagle nie wygladal jak pokoj,tylko bardziej jak dom,gdybysmy mieli jakis razem.
Przytulalismy sie przez chwile na lozku.Jakos tak mam ostatnio,ze P.przytula mnie,przyciskam sie do niego cala powierzchnia ciala,trwamy tak chwile,a mi sie i tak wydaje,ze jestesmy od siebie za daleko.
Patrzylismy sobie na ksztalt,ktory swiatlo swiecy tworzylo,przefiltrowujac sie przez tiulowe skrzydla wrozki,ktore wisza u mnie na scianie.Troche rozmawialismy,troche nie. P.zaczal mnie glaskac.Potrafi glaskac po karku jak nikt.Kiedy to robi,w ogole,kiedy przytula mnie tak,ze sie czuje mala i bezpieczna,prowokuje mnie niemal do wyznan[...ktorych nie czynie ogromnym wysilkiem woli.Wyznania sa niezdrowe.]
Przeniosl sie nizej,mruknelam,zeby zostawil,bo spac mi sie chce.Nie zrezygnowal jednak,ustal jedynie na moment,podejmujac nastepnie swe podstepne dzialania.Lezelismy tak przez chwile,ja-coraz bardziej niezdolna do zachowania ciszy,on,powiedzialabym,zadowolony.

***

Oczami wariata patrzylismy w sufit.
-Kochamy sie?-zaproponowalam radosnie.
-O,tak.
Wyskoczylam spod ramienia P.,szybko przemierzajac cieply,tonacy w polmroku pokoj.Przeskakiwalam wszystkie cienie i chybotliwe poblaski,i te koronkowe ksztalty od galezi drzewa urodzone,zeby tylko wziac z szuflady to,co potrzebne,i zeby jak najszybciej dolaczyc do P.
Zasmial sie nieglosno,kiedy sie rozbieralam,falujac biodrami nieco bardziej,niz potrzeba. P.jest bardzo ladny,kiedy ma ten delikatny wyraz twarzy.A ja jestem bardzo ladna,kiedy on tak na mnie patrzy.
Jestesmy bardzo ladni.
Kochalismy sie takze bardzo ladnie,i krzyczalam,i swiat byl rozmazany,goracy,pachnacy pomaranczami,z ktorych zdzieralismy skore parenascie minut wczesniej.
Teraz my tez nie mielismy skory,calkowicie do siebie przylegajac.

***

-Cii,pamietaj,ze jestes na akademiku.-usmiecha sie P.
-Ach,pieprzyc akademik!!!
[ludzie laza po korytarzu,smieja sie i glosno rozmawiaja.]

Zwisalam z lozka glowa w dol.
I wszystko inne tez bylo do gory nogami,za intensywne.

***

A pozniej zasnelismy.



Link Dzisiaj mamy 14.stycznia.2007 :: 17:18 Mon petit cadeau(4)

Dobrobyt stanowi rzecz niezwykle przyjemna,posiada jedak powazny minus:brak w nim tak zwanego klimatu.

Do powyzszych wnioskow doszlismy wczoraj,P.i ja,spozywajac romantyczna kolacje przy swiecach.
Usadowieni bylismy na modle troche-japonska[mianowicie na podlodze,kolana pod broda,wygodny rozkrok],przenajczulsze zas spojrzenia wymienialismy nad stolem sporzadzonym z ogromnego kartonu obwiazanego sznurkiem.Na bocznej sciance kartonu pysznil sie napis "poczta polska".
Podejrzewam moj akademikowy pokoj o szczegolne zdolnosci.Znowu zaminil sie w jakies calkiem inne miejsce.Tym razem byl jadalnia.
Na parapecie,na biurku z taniej sklejki,na opakowaniu po actimelach i na kapslach olbrzymich butli po whiskey "Famous Grouse",nawet na naszym stole zdatnym do recyclingu,wszedzie pelgaly malenkie plomyki malenkich swieczek.Zmienialy perspektywe.Barwy-niebarwy.Cieplo-niecieplo.Dym kadzidla i dym autorskich papierosow P. Pachnialo toto sennie,hipnotycznie.Wieczornym spotkaniem.

***

Wyzeralam oliwki z plastikowego kubka,a P.raczyl sie sloneczmnikowym chlebem.Mielismy tez ser Brie,wedzona rybe,pomidory,pomarancze,marchewki,banany,sok,wode oraz serek czosnkowy.Istna kuchnia srodziemnomorska.Zakupy zrobilismy wspolnie,haotycznie biegajac po wielkim hipermarkecie.
"Gdzie sa salatki?"
"Tam."
"Nie,tam!"
"Poczekaj,tam juz bylismy,wracamy,wracamy!"

***

Stalam przed komercyjna szafa z kosmetykami.
"Ktory blyszczyk tak bardzo ci sie podobal?"-zapytal P.z rozbawieniem.
"Ten,o ten.Nie przestrasz sie,sprawia wrazenie rozowego.Poczekaj,posmaruje sie nim.Mam do niego slabosc".
"rany Boskie."
"...."
"Slicznie.Ile on kosztuje?"
"Nie wiem,tam jest cena.Szesc funtow cos.Badziewie.Zdzierstwo."
"Nie widze.Ile?"
"........"
"To chodz,chodz.Posmarujesz sie juz w domu".

Dostalam prezent.


***

Ulozylismy sie do snu,kiedy zgasla ostatnia swieczka.
I nic to,ze nie zmruzylam oka,bo P. sny mial jakies takie dynamiczne,wierzgal,rekami machal,przygniatal mnie i spychal z lozka.Nic to.Wstalismy razem,zrobilam mu sniadanie.Zauwazylam,ze to cale miejsce,to miasteczko,wcale nie jest takie brzydkie.Ladne raczej.A pokoj rowniez wygodny.

Pokazalam P.dawne zdjecia.Rozne byly.Mowie mu chyba odrobine zbyt duzo,o niektorych rzeczach wlasciwie nie powinien wiedziec.Sadze jednak,ze powinien byc swiadom,czego sie ma spodziewac.Zeby sie nie zdziwil,nie zawiodl,nie za-...[wstaw epitet].
Mowi,zem slodka,kochana i dobra.A ja sie teraz po prostu staram,do bolu w uszach.
Wciaz blizej mi do 'szesnastki' niz do 'dwudziestki'.
Nie sposob ukryc.





Link Dzisiaj mamy 17.stycznia.2007 :: 15:31 Mon petit cadeau(6)

Rankiem postanowilam,ze rzuce moja glupia prace.

W koncu,do czego to podobne,aby czlowiek,co starannie sprecyzowal zakres swoich obowiazkow juz na etapie starania sie o posade,dzialal na pozycji calkiem innej[rozdzwiek nieziemski."Dzien dobry,jestem doktorem medycyny,chcialbym leczyc ludzi". "Dzien dobry,prosze,tam sa ludzie,a pod lozkami maja nocniczki.Prosze oproznic nocniczki".]
Zapamietac:prawdzaj zawsze,czy nowy szef nie cierpi na Kompleks Wladcy ["Ja ci pokaze,ty mala suko.Chcesz wiecej godzin w weekendy?A won,szorowac mi sciane za zlewem!"]
tudziez Kompleksu Minionej Atrakcyjnosci["Masz nowa bluzke?Serwowac chesz?A kupa z makiem,trzeba umyc gary"].

Wiadomo,iz pracy nie mozna rzucic ot tak,sobie,i ze wielce wskazanym jest znalezc najpierw nowa posade.W tym celu udalam sie do agencji zwanej Job Shop.
I co? I okazalo sie,ze,subtelnie mowiac,oszczedze mnostwo czasu,ktory moglabym zmarnowac,zastanawiajac sie,na ktore interview pojsc najpierw.[Tak sobie wyobrazalam,glupia istota].Otrzymalam trzy oferty.Jedna-roznoszenie ulotek,co brzmi troche niepowaznie.Druga-praca w duzym sklepie.Trzecia-aby probowac sie przez internet ubiegac o posade w sieci Marks & Spencer. Mam jeszcze przyjsc w piatek,Pani sekretarka obiecala bowiem starannie przejrzec gazety tudziez inne zrodla i dostarczyc mi mozliwie jak naobszerniejszych informacji dotyczacych Pracy Marzen.
[ach,jasne.]

Po poludniu wybieram sie do pubu Drover's Arms,czyli tam,gdzie jestem [jeszcze] oficjalnie zatrudniona.Ufam,ze mnie nie zwolnili.Troche boje sie tej wizyty,zwazywszy,iz do knajpy owej przyrzeklam skierowac swe kroki juz 9.01,czyli dzien po powrocie do Walii.Niestety,mialam mnostwo spraw do zalatwienia[nie,powaznie!],nie moglam wiec pracowac.Pomyslalam zatem sobie,ze lepiej bedzie,jesli pozwole moim pracodawcom sadzic,ze jeszcze nie worcilam do kraju.Jak najlatwiej stworzyc owo zludzenie?Ano,nie pojawiajac sie nigdzie w poblizu pubu,dopoki wszelakie sprawy zwiazane ze studiami nie zostana zalatwione.
Tak sobie teraz mysle,ze to byl jednak glupi pomysl.
Szczegolnie,ze w tym miasteczku nie da sie omijac glownej ulicy,bo wszystkie sklepy spozywcze tam wlasnie sa ulokowane.Oczywiscie,nie tylko sklepy,Puby rowniez.Czy wiesz juz,kochanie moje,co chce powiedziec?Oczywiscie:w zeszlym tygodniu widzial mnie wspolpracownik.Smiem mniemac,iz ma on w sobie akurat tyle z wrednego kutasa,aby poinformowac szefowa o mojej niesubordynacji.
Brawo.Wiem,wiem-jestem istnym mistrzem w zalatwianiu spraw oraz utrzymywaniu znakomitych stosunkow z ludzmi o pozycji wyzszej niz wlasna.

Jutro egzamin.Myslalam,ze w przyszlym tygodniu.
Zapamietac: Nie myslec.Nie wnioskowac.Sprawdzac jedynie terminy i trzymac sie ich niczym babka rzepki [jak w tej bajce].

Przynajmniej udalo mi sie wypozyczyc kamere.Mam ja odebrac dzisiaj o 15:30.Gotowy film musze natomiast oddac w nastepny piatek.Rzecz w tym,ze nie wiem,jak to zrobie,albowiem posprzatawszy pokoj,z rozmachem pozbylam sie wymaganej w scenariuszu scenografii.Mial byc burdel nie z tej ziemi,mialo byc wnetrze,co sprawia wrazenie opuszczonego.Jak ja wykreuje pozadany chaos w pare godzin,skoro z doswiadczenia wiem,ze,aby byl odpowiednio malowniczy,musi sie wykreowac sam,i ze samostworzenie zajmuje mu co najmniej dwa tygodnie?





Link Dzisiaj mamy 24.stycznia.2007 :: 14:33 Mon petit cadeau(3)


Moja,jak poprzednio okreslilam,"glupia praca",rzucila sie sama.Ja zas powinnam podazyc w jej slady,wykonujac te sama czynnosc,tyle,ze na glowe z pobliskiego mostu.

Szefowa,pani L.W,ktora darzylam uczuciem glebokim i szczerym,niestety negatywnym,wykorzystala fakt,iz dlugo nie bylo mnie w kraju,w miescie,w pracy.Kiedy przylazlam wreszcie,ociekajac tradycyjnie Walijskim ulwenym deszczem[musialam wygladac dosc glupio],rzekla z przerazajaco lizodupczym usmiechem:"Hallooo,AgATA*! How are you?What can I do for you?"
Przyszlam,zeby spytac,od kiedy moge zaczac prace,odparlam.
A ona na to,ze niestety zbyt pozno zjawilam sie w jej uroczym przybytku,ze oni wszyscy pomysleli,iz zrezygnowalam,i dlatego moje godziny ona juz pdzielila miedzy innych."But,you know what will we do?When I'll need a hand I'll call you.Is it still the same number?"
[W ten sposob-mowiac,ze zadzwonia,znaczy-pozbywaja sie niechcianej sily roboczej wszyscy pracodawcy w UK i Irlandii.Oczywiscie,jeszcze sie nie zdarzylo,zeby ktorys potem zadzwonil.]
Powiedzialam,ze swietnie,bye-bye,i wyszlam.
W polowie drogi z powrotem na campus przypomnialam sobie,iz pani L.W wisi mi ostatnia wyplate i zawrocilam w te pedy.Pani L.W udawala szalenczo zdziwiona,pogrzebala w kasie,wydlubala stamtad czek,ofiarowala mi go z mina troche mniej goscinna niz uprzednio.POdziekowalam,znacznie bardziej szczerze niz uprzednio,i wyszlam,tym razem na dobre.Zanim dotarlam do akademika,przemoczona bylam do cna,a ludzie ogladali sie za mna,bo ciekawy mialam pod oczami wzorek z tuszu do rzes.Coz,przynajmniej idac tak powoli odkrylam sklep z zywnoscia organiczna i nabylam Czyste,Nieprzetworzone Muesli[ktore,o dziwo,smakuje dobrze nawet z tutejszym,Za Bardzo Przetworzonym,mlekiem].

Zatem zostalam bezrobotna z kapitalem w wysokosci funtow stu pieciu.Szanse na posade w obecnym okresie sa bardzo nieszczegolne,albowiem miasteczko Carmarthen rozmiarow jest podrecznej torebki i zycie sie tu toczy rownie zwawo.
Przyzwyczaic sie musze do mysli,iz chadzac bede w dziurawych majtkach i glodowac w weekendy.A,nie- P. oferowal pomoc w dokarmianiu mnie.
P. nie da mi zginac.Zadbal nawet o produkty pierwszej potrzeby,czyli papierosy i zelazko.I marchewki w worku z brytyjska flaga.
Tak,to jest Cos.


* = akcent,jaki klada rdzenni Walijczycy na druga i trzecia sylabe mojego prostego przeciez imienia.Parafrazujac znany cytat,"I see braindead people" !





Link Dzisiaj mamy 31.stycznia.2007 :: 17:45 Mon petit cadeau(3)

Mam na sobie bluze P.
Czuje sie niemal jak taka blond panna z amerykanskiego filmu,puci-puci czirliderka w futbolowej kurtce swojego beloved one tudziez z jego sygnetem,co to dynda z lancuszka na szyi zawieszonego.
Chcialam sie do tej bluzy noca przytulic,myslalam bowiem,ze bedzie pachniala jak P.,ale pachniala raczej jak frytki,ktore jego wspollokatorzy wczoraj smazyli.Suszenie prania na kuchennym kaloryferze nie nalezy do najlepszych pomyslow swiata.

Spedzilismy razem caly weekend.
Pilismy czerwone wino,kochalismy sie,gadalsmy bzdury i jedlismy paskudztwa,a pozniej wybralismy sie na zwiedzanie zrujnowanego zamku(to bylo poznym wieczorem i kustosz niemal zamknal nas na wiezy).


Zakupy.
Kupilismy wczoraj szczoteczki do zebow w promocji "buy one,get one free".Nie wiem,czemu je przeceniono-na opakowaniu napisano wszak,iz szczotki te posiadaja nawigator (cokolwiek to jest),ktory bezsprzecznie wydaje sie wielka zaleta.
P.chcial pomaranczowa,a dla mnie zielona,ale powiedzialam,ze moglibysmy sie choc raz wpasowac w stereotypy,zatem w koncu stanelo na niebieskiej i rozowej.Jak ubranka dla dzieci plci odpowiedniej.
Mam jeszcze ser plesniowy,parowki i dzem.
I to,ze patrze zawsze przez okno,jak P.wraca wieczorem do siebie-wychodzi zza szpaleru drzew,niewielki z powodu odleglosci,choc mimo innej skali nadal szczuply i wysoki.Zatrzymuje sie na chwile,zadziera glowe,patrzy w moje okno.Czasem do siebie machamy,czasem rozmawiamy chwile przez telefon.
A pozniej P. zaciaga sie papierosem i znika za zakretem.I na drodze znowu jest pusto i ciemno.





Archiwum

2008
8
7
6
5
4
3
2
1
2007
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2006
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2005
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2004
12
11
10



Linki

PlanetOut

lesbijka

ploty

SS

YuMe

database

o ludziach

streetpeeper

Dublin!

streets of warsaw

tak chodzą tam daleko

the sartorialist

bańka

komikslista

Mar.

M.

winne

J.

L.

BM

P.

uTube

?

zawartość niekwestionowana

ukradnijmy muzykę.

elegance in stupidity




(c) layout by Inez for Szablony.Blogowicz